poniedziałek, 8 czerwca 2015

Rozdział 24.

    Otworzyłam oczy, które natychmiast zaczęły mnie szczypać. Zamrugałam nimi parokrotnie, nie do końca rozumiejąc co się działo. Szum w głowie, zdrętwiałe ciało... Co jest grane?
    - Kim... Boże, Kim...
    Ktoś mnie wołał...? Przekręciłam głowę w bok, tam skąd dochodził kobiecy głos. Obraz miałam zamazany, ale po chwili rozpoznałam znajomą twarz blondynki.
    - Gdzie jestem? Co się stało? - wymamrotałam, podnosząc się powoli na łokciach. - Szpital... - wyjęczałam po chwili, sama sobie odpowiadając na to pytanie. Wystarczyło rozejrzeć się po pomieszczeniu.
    Nagle serce zaczęło mi bić jak szalone. Zaczęło mi się wszystko przypominać... Co z Cooperem...? I gdzie Miles? Czemu nie było go przy mnie?
    - Zemdlałaś... Lekarze mówili, że byłaś w szoku... Sama nie wiem. Jak dla mnie, byłaś po prostu w prawdziwej rozpaczy... Kiedy przyjechałam i Cię zobaczyłam...
    - Nic nie pamiętam... - rzuciłam nerwowo, próbując opanować oddech. - Ostatnia rzecz, którą pamiętam to jak nacisnęłam na spust... Jak Cooper upadł. Nic więcej.
    - Cooper żyje... Miał operację, jest nieprzytomny, ale chyba z tego wyjdzie... A Ty byłaś przerażona... Miles zadzwonił po karetkę. Zajęli się tym facetem i tobą. Dostałaś leki na uspokojenie. Zasnęłaś...
    - Gdzie Miles?
    - Kim...
    - CeCe, gdzie jest Miles? - powtórzyłam dobitniej, coraz bardziej świadoma rzeczywistości.
    Mina mojej przyjaciółki zdradzała jedynie tyle, że zaraz mój świat legnie w gruzach.
    I dokładnie tak się stało, kiedy usłyszałam jej odpowiedź.
    - Jest w areszcie... Jason próbuje go wyciągnąć, ale tym razem... Tym razem to nie jest takie łatwe...
    - Czemu? Zawsze sobie radzili... Muszę tam jechać. Boże, CeCe, ja muszę tam jechać... - zaczęłam panikować. Próbując powstrzymać szloch, opuściłam stopy na podłogę i chciałam wstać, ale przyjaciółka mnie powstrzymała.
    - Miles bardzo chce żebyś się w to nie mieszała. Musisz zostać z waszymi dziećmi - powiedziała, patrząc mi w oczy.
    Zagryzłam na chwilę szczękę, przełykając gulę w gardle.
    - Gdzie są Cali i Jake?
    - Mama Milesa ich zabrała. Musisz dojść do siebie i wracać do nich, Kim.
    Pokiwałam głową, biorąc głęboki, uspokajający oddech. Dzieci... One były najważniejsze.
    - W porządku... W porządku. Chcę stąd wyjść i zabrać je do domu. Wyjaśnisz mi wszystko podczas drogi...
    - Pójdę po lekarza - CeCe wstała i przed wyjściem, rzuciła mi jeszcze jedno spojrzenie. - Wszystko się jakoś ułoży... Zobaczysz.

*

    Niecałą godzinę później byłam razem z CeCe w drodze po maluchy. Od lekarzy dowiedziałam się, że mam się nie przemęczać i nie denerwować. Przez stres miałam osłabiony organizm. Ale teraz to było najmniej ważne. Ważne było to, co działo się z Milesem...
    - Kiedy Jason do mnie dzwonił, mówił, że Miles wziął wszystko na siebie... Powiedział policji, że to on postrzelił Coopera. Zdradził Jasonowi, że zdążył wytrzeć Twoje odciski palców z broni...
    - Przecież działałam w samoobronie... Nie poszłabym za to do więzienia... - szepnęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu.
    CeCe westchnęła i spojrzała na mnie z żalem.
    - To nie tak... Miles i Jay już nie raz zadarli z policją... Przecież wiesz, Kim. Miles bał się, że obrócą wszystko przeciwko Tobie, chociażby po to, żeby zrobić mu na złość. Nie chciał ryzykować.
    - Ale teraz go zamkną... Zostanę znowu sama... - mój głos się załamał, a ja pozwoliłam pierwszym łzom spłynąć po policzku. Pękłam... Nie mogłam znieść myśli, że raper będzie siedział... On tego nie wytrzyma...
    - Nic jeszcze nie jest przesądzone. Musimy być dobrej myśli. Jason i jeszcze paru ich kumpli zrobią wszystko, żeby wyciągnąć Milesa. Może pójdą na jakiś układ... Nie płacz, proszę. Jesteśmy już na miejscu. Nie możesz pokazać się tak Cali, Jake'owi i ich babci.
    - Ty idź po Cali i Jake'a. Ja się uspokoję... Nie chcę stawać twarzą w twarz z matką Milesa. Nie teraz... Mam wrażenie, że wszystko jest moją winą.
    - Nic nie jest Twoją winą. Po prostu... Widocznie tak musiało być... Żadne z was nie mogło nic zrobić. Proszę cię, weź się w garść - odparła CeCe i wysiadła z samochodu.
    Miała rację... Wszystko się jakoś ułoży. Musiałam się pozbierać.

*

    - Kim, czemu taty dalej nie ma? - zapytał Jake, kiedy kładłam jego i Cali do łóżka.
    Westchnęłam cicho i nakryłam ich kołdrą.
    - Pewnie będzie już jutro rano. Nie martw się.
    - Ale gdzie on jest?
    - Jake, jest już późno. Już dawno powinniście spać - powiedziałam i pocałowałam jego i Cali w czoło.
    - Nie bądź smutny - mruknęła Cali i wyciągnęła do niego swoje malutkie ramionka, by go przytulić.
    Cali była mniej przywiązana do Mike'a niż Jake. Widocznie spędziła z nim jeszcze za mało czasu... Bałam się, że znowu nie będzie widziała ojca przez długi czas...
    - Kocham was bardzo mocno. Tata też was kocha. Nie martwcie się - zmusiłam się do uśmiechu. - Dobranoc, skarby - zgasiłam lampkę i wyszłam z pokoju, zostawiając uchylone drzwi.
    Przeszłam kilka kroków i się rozpłakałam. Nie było żadnych wieści, nic... Przecież Miles i Jay już dano powinni wrócić... Była północ...
    - Kim... - CeCe wstała kiedy tylko mnie zobaczyła. W dłoni trzymała telefon. - Jason już wraca... Zaraz tu będzie.
    - A co z Milesem? - zapytałam z nadzieją, ocierając łzy.
    - Nie wiem... Nie chciał nic powiedzieć przez telefon.
    Nie zapowiadało się dobrze...
    Opadłam na kanapę i ukryłam twarz w dłoniach. Byłam załamana. Po prostu załamana... Chciałam iść na policję i wszystko wytłumaczyć, ale kto by mi teraz uwierzył... Nawet jeśli, to pewnie Miles miałby rację i wszystko obrócili by przeciwko mnie... On robił wszystko dla mnie...
    - Boże, to moja wina... - szepnęłam po raz setny dzisiejszego dnia.
    - Trzymaj, Kim - CeCe podsunęła mi szklankę ze szkocką. - Dobrze Ci zrobi. Uspokój się.
    Upiłam łyk i poczułam jak mocny alkohol rozgrzewa mój przełyk.
    - Po prostu nie chce znowu bez niego żyć - mruknęłam, pociągając nosem.
    - Wiem... - usiadła obok i pogładziła mnie po ramieniu. - Zawsze możesz liczyć na mnie i na Jay'a...
    Pokiwałam głową i po raz kolejny przechyliłam szklankę do ust. W tym samym momencie do salonu wszedł Jason.
    Sam Jason.
    - I co? - zapytałam, wstając z kanapy. Patrzyłam mu w oczy, próbując wyczytać z nich cokolwiek. Jedyne co w nich widziałam, to zdenerwowanie.    
    - Kim...
    - Mów. Po prostu mów - poprosiłam, nie spuszczając z niego wzroku.
    - Miles będzie miał sprawę. Do tego czasu zostanie w areszcie. Nie zgodzili się nawet na kaucję, żeby mógł ten czas spędzić w domu.
    - Boże... - wydusiłam, przykładając dłoń do ust.
    - Rozmawiałem z nim... Chciałem namówić go na układ... Chciałem żeby wydał kilka nazwisk, ale on nie chciał się na to zgodzić... Powiedział, że nigdy nikogo nie sprzeda...
    - Dlaczego?! Kumple są ważniejsi niż ja i dzieci?! - wyrzuciłam, zupełnie się rozklejając.
    - Nie osądzaj go. Jemu też jest ciężko - Jay mówił łagodnie, podchodząc do mnie. Przytulił mnie i pogładził dłonią moje plecy.
    - Ja zawsze wybrałabym jego - łkałam z żalem.
    - Ale on też wybrał Ciebie... Dla Ciebie wziął całą winę na siebie. Przecież wiesz, że on bardzo mocno Cię kocha. Musimy go teraz wspierać...
    - Nie... - odepchnęłam od siebie chłopaka i pokręciłam głową. - Nienawidzę go... Nienawidzę go! Znowu zostawia mnie samą! - wykrzyczałam i w nerwach przewróciłam szklankę, która była do połowy pełna. Spadła ze stołu z hukiem, a szkocka rozlała się na podłogę. - Niech radzi sobie sam - warknęłam i wybiegłam z salonu.
    - Kim, poczekaj! - CeCe zawołała za mną, ale nie miałam zamiaru dłużej z nimi rozmawiać. Wbiegłam po schodach na górę i zamknęłam się w sypialni mojej i Milesa. Rzuciłam się z płaczem na łóżko, tracąc zupełnie chęci do życia. On był moim życiem... Ale zawodził mnie po raz kolejny...
______________

Witam.
Rozdział pojawia się po długim czasie i powiem, że to nareszcie jest ostatni rozdział. Zupełnie wyszłam z wprawy, nie czuję już blogowania i pisania i nie mam na to czasu. Nie mam czasu, żeby nawet czytać Wasze opowiadania. Więc wybaczcie za jakość. 
Został nam tylko epilog, a kiedy on się pojawi, nie mam pojęcia. 


Zajebiste *.*

5 komentarzy:

  1. ojeeeej! już myślałam, że nic więcej nie będzie, a tu proszę !!! jest! szkoda, że ostatni, bo to dobra historia, ale jest całkiem długa i sama jestem tego zdania, że nie powinno się ciągnąć czegoś w nieskończoność, także czekam na epilog, bardzo mi się podobało <3

    OdpowiedzUsuń
  2. A gdy skończysz ten blog, bedziesz pisac na destroyerze?
    Tęsknię za tym opowiadaniem

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to tylko epilog?!aa,jestem załamana,bo kocham te opowiadanie:(( ale trudno,przynajmniej doczekałam się rozdziału.:)

    OdpowiedzUsuń
  4. 💕😭😭😭😭😭😭💕😔 kocham to całym sercem

    OdpowiedzUsuń
  5. Najlepsze opowiadanie!
    Tylko epilog? Szkoda ;/ no ale jeśli już tego nie czujesz to trudno...

    OdpowiedzUsuń